Apocalyptica „7th Symphony”

3 Wrzesień 2010

Na początku muszę napisać o czymś ważnym, co mogło zaważyć na moim odbiorze powyższego albumu. Apocalyptica była wcześniej moja wielką niewiadomą, nie słuchałem fińskiego teamu wcale i niewiele brakowało, bym „Siódmą symfonię” przeoczył i nigdy nie odkrył. Szczęśliwie jednak w ostatnim czasie w mojej pracy słuchamy z koleżanką i kolegami radia Eska Rock, w którym bardzo często można usłyszeć utwór „End of me”. Tyleż genezy.

Nie ma wątpliwości, że „End of me” mnie zachwyciło. Dynamika utworu to jedno, lecz nie mniej istotny jest wokal Gavina Rossdale’a, który zaśpiewał wyśmienicie. I szczerze powiedziawszy żałuję, że tylko w tej piosence ów pan się urzeczywistnia. Jest to piosenka, którą niecierpliwie wyczekuję co dnia, by została w Esce Rock puszczona. Lecz…

Szybko po „End of me” przyszedł zachwyt numer 2. Utwór „Not Strong Enough”, bo ten mam na myśli, a który podsunęła mi Joanna B. I słusznie twierdziła Joanna B., że utwór ten jest prawdziwym diamentem na „7th Symphony”. Jest na albumie po prostu najlepszy. Piosenka należy do tych, które chce się zapętlić w odtwarzaczu i słuchać, słuchać, słuchać. Zaczyna się spokojnie, smyczek pracuje, wchodzi wokal i powolutku powolutku całość się rozkręca, aż wchodzą bębny i następuje takie małe bum, które ma w sobie coś hipnotyzującego. I może produkt ten jest nieco mniej dynamiczny niż „End of me”, ale posiada nie mniej świetny wokal w wykonaniu frontmana zespołu Shinedown, Brenta Smitha. Polecam!

Album zawiera jeszcze dwie piosenki z gościnnymi wokalami. Obydwie są niezłe, ale już mnie tak nie porwały. Brakuje im swoistej chemii, lecz może wam się spodobają? Sprawdźcie!

A co z utworami bez wokalu, bo i takie są na płycie. Tu szczególnie przypadł mi do gustu „Beautiful” ze swoim spokojem, dryfowaniem, odpływaniem i lekkością. Inną perełką jest zamykający album „Rage of Poseidon”, gdzie już możemy mówić tylko o szybkości, furii dźwięków, wirowaniu w przód i wstecz. Reszta utworów pewnie nie jest gorsza, lecz zdaje się, że musi poczekać na moje uznanie, bądź nie dostąpi tego szczęścia nigdy. Czas pokaże.

Jeśli miałbym napisać coś na koniec, to sformułuję takiego potwora: choć Apocalyptica weszła w mój umysł dopiero przy swoim siódmym albumie, to słowo „weszła” pojawia się tu nieprzypadkowo. „Siódma symfonia” jest albumem udanym, przy którym można się zachwycić i przez kilkadziesiąt minut skupić tylko na dźwiękach, które nam daje. Rzadko która produkcja muzyczna to potrafi.

Strona 22. na Facebooku i Picasie

2 Wrzesień 2010

Szkoła się zaczęła, to i przyszedł czas na porządki po wakacjach. Będzie o dwóch nowościach.

Po pierwsze. Wszystkie galerie, które możecie znaleźć na stronie znajdziecie też na Picasie. Obecnie jestem w trakcie kopiowania zdjęć na usługę Google, ale z końcem przyszłego tygodnia proces powinien zostać ukończony.

Zmiana druga dotyczy Facebooka. Zrezygnowałem z NetworkedBlogs na rzecz normalnego facebookowego fanpage’u, który jest jednak bardziej znośny i przyjemny. Wszystkich śledzących tę stronę zachęcam już teraz do polubienia się z nim, co umożliwi wam jeszcze łatwiejsze śledzenie zmian na stronie.

To tyle na dziś wieczór!

Wyprawa do Czarnogóry – galeria

30 Sierpień 2010

Obiecałem w komentarzach, że będzie, toteż wrzucam ją. Zdjęcia z wyprawy do Czarnogóry. Relację już znacie, zatem czas na ilustrację, tego, co wspólnie z Alą tam zobaczyliśmy i przeżyliśmy. Przyjemności!

Wersja alternatywna i lepsza jakościowa galerii jest dostępna na Picasie.

Relacja z wyprawy do Czarnogóry – część 3. i ostatnia

29 Sierpień 2010

Do Żabljaka
Prosto z Parku Narodowego Lovcen jedziemy do Parku Narodowego Durmitor. Pogoda dopisuje, jest ciepło i słonecznie. Przejeżdżamy przez Podgoricę, gdzie posilamy się poranną kawą (a przecież nie przepadam za kawą!). Przed Kolasinem oglądamy bogato zdobiony monaster Moraca. Dalej droga wiedzie nad przepięknym kanionem rzeki Tary i gdzieś przy miejscowości Djurdjevica Tara pozwala zachwycić się pięcio-przęsłowym mostem podtrzymywanym na wysokości 168-172 metrów. Widok genialny i niezapomniany, udowodniający geniusz ludzkiego umysłu, geniusz techniki. W ten oto sposób docieramy ostatecznie do Żabljaka, miejsca wypadowego w górzysty Durmitor. Wcześniej postanowiliśmy, że tutaj wynajmiemy pokój. Przychodzi nam to bez problemu, cena: 8€ za noc. Nie czekając na nic, udajemy się na krótką wycieczkę wokół jeziora Czarnego. Czysta woda zachęca do kąpieli, a widok na otaczające góry podpowiada, by któryś szczyt czym prędzej zdobyć. To jednak musi poczekać do dnia następnego. Zmęczeni podróżą i spacerem nad jeziorem, postanawiamy wrócić do Żabljaka i zwiedzić nieco tę miejscowość. Jest ona na tyle mała, że wszystko dzieje się praktycznie przy placu głównym i nie ma też specjalnie czego oglądać. Zatem tradycyjnie wybieramy knajpę, gdzie pijemy piwo. A potem powrót do pokoju, prysznic w ciepłej wodzie (wreszcie!) i sen.

Na szczyt Crveny Gredy
Temu dniu przyświecał jeden cel: zdobycie najwyższego punktu północnego Durmitoru – Crveny Gredy (2164 m n.p.m.). Po szybkim śniadaniu ruszamy nad jezioro Czarne, gdzie zaczyna się interesujący nas szlak. Po pierwszych kilkuset metrach orientujemy się, że tutejsze szlaki są słabo oznaczone i trzeba być bardzo czujnym, by jakiegoś punktu nie przeoczyć. Pierwsza i ostatnia pomyłka w ocenie szlaku, zaprowadza nas nad malutkie jezioro Zminje, gdzie najspokojniej w świecie pasie się byk. Po powrocie na właściwą ścieżkę mamy okazję przejść przez alpejskopodobne polany z domkami okolicznych górali. Dalej to już droga przez las, która kończy się zdobyciem Rażany Glavy (1862 m n.p.m.). To już niedaleko od kolejnego jeziora – Jablan. Pięknie położone, u podnóża północnych szczytów Durmitoru, o bardzo intensywnym zielonym kolorze, zachęca nas do półgodzinnego odpoczynku. Ale czas nagli, a zwłaszcza chmury, które przybierają coraz to ciemniejszych kolorów. Ruszamy dalej. Spacer staje się coraz cięższy, bardziej stromy i niebezpieczny. Po kolejnej godzinie docieramy do celu. Jest znacznie chłodniej, gdzieniegdzie leży śnieg. Zmęczenie rekompensuje panorama – cudowna! Ciemne chmury nie pozwalają nam na długi zachwyt, bo droga powrotna do Żabljaka, to jakieś 3-4 godziny, a nie chcieliśmy zostać złapani przez deszcz na tych wysokościach. Wracamy. Pół godziny po tym jak docieramy do pokoju nadchodzi burza. Zmęczeni udajemy się do pobliskiej restauracji Luna, gdzie bardzo sympatyczny właściciel sprawia, że jemy dobrą kolację przy piwie. Tak kończy się dzień, który świetnie wypełnił moje oczekiwania krajobrazowe.

Spokój, wielki spokój
Trzeci dzień w Durmitorze okazuje się być zupełnie inny. Temperatura spada z dwudziestu kilku do dziesięciu stopni. Dzień ten przeznaczamy na odpoczynek, mając w głowach czekającą nas podróż nazajutrz. Postanawiamy odpuścić sobie wielkie wojaże po górach i najzwyczajniej w świecie spacerujemy w okolice jeziora Czarnego. Wolny czas wykorzystujemy też na zakup kartek, wypisanie pozdrowień i nabycie tradycyjnego wina czarnogórskiego Vranac, które zamierzamy przeszmuglować do Polski. Wieczorem znów odwiedzamy Lunę i gdy wychodzimy żegnamy naszego sympatycznego restauratora. Leniwy i spokojny dzień mija.

Powrót
Mniej więcej o godzinie 12:00 opuszczamy nasz pokój i powoli powoli przemierzamy Czarnogórę żegnając ją po cichu. Żegnamy ten kraj, wiedząc, że za parę godzin znajdziemy się na granicy z Bośnią i Hercegowiną. Znów jedziemy przez Niksic, znów możemy zachwycić się kanionem rzeki Pivy, aż ostatecznie dojeżdżamy do Scepan Polje, gdzie znajduje się granica. Drogę powrotną obraliśmy tę samą, uznając, że jest sprawdzona i dobra. Do Kościana ostatecznie docieramy ok. godziny 14:00, ale już dnia następnego. Tak kończy się nasza mała wyprawa samochodowa do przegórzystej Czarnogóry. Jesteśmy zmęczeni, ale zadowoleni z tego, co przeżyliśmy, zobaczyliśmy, doświadczyliśmy i nauczyliśmy się.

Koniec
I żeby rzecz się dopełniła, muszę z tego miejsca podziękować przede wszystkim Ali, która towarzyszyła mi w tej podróży. Daliśmy radę i to jest najważniejsze!
Jeśli ktoś miałby jakieś pytania, co do Czarnogóry, organizacji takiej wyprawy, niech się odzywa, pyta. Chętnie odpowiem.
Teraz to już pozostaje pomyśleć, gdzie i jak spędzić swoje kolejne wakacje? W myślach kłębią się nasi wschodni sąsiedzi, a może będzie to kierunek zupełnie odwrotny? Portugalia?

Koscian.net na Facebooku

21 Sierpień 2010

Od kilku dni najlepszy serwis o Kościanie ma swój profil na Facebooku. Już dziś możecie dołączyć do jego fanów! Mam nadzieję, że będzie to miejsce, z którego jeszcze szybciej dowiemy się, co się dzieje w Kościanie, zwłaszcza, że każdy może współtworzyć to miejsce. Zatem dopisujcie się i piszcie, informujcie, komentujcie, lubcie to!

A tutaj profil: www.facebook.com/koscian.net

Relacja z wyprawy do Czarnogóry – część 2.

17 Sierpień 2010

Nad Adriatykiem
Następny dzień miał na celu wypełnienie treścią słowa „zwiedzamy”. Nie było to proste, bo żar lał się z nieba, a choroba nie odpuszczała mojemu organizmowi. Pierwszy punktem wycieczki był stary gród w Budvie. Zapewne grube mury zrobiłyby jeszcze większe wrażenie, gdyby przy nich nie stały stoliki restauracji i knajp, odbierające grodowi pewną monumentalność. Ale już wewnątrz murów mogliśmy zobaczyć przepiękny labirynt wąskich uliczek i kamienic. Oczywiście, tutaj też mamy sklepik za sklepem, knajpę za knajpką, ale już to tak nie uderzało jak na zewnątrz. Wydawało się być na wskroś śródziemnomorsko. Zarówno katedrę św. Jana, jak i cerkiew Trójcy Świętej obejrzeliśmy tylko z zewnątrz, bo były zamknięte na cztery spusty. Szkoda!
Dalsza droga zaprowadziła nas do Kotoru. Podobnie jak w Budvie, tutaj też skupiliśmy się na starym grodzie. O ile ten pierwszy był położony na płaskim terenie, o tyle kotorski wgryzał się już w góry. Jego koroną jest twierdza św. Jana, lecz wspinaczkę doń sobie odpuściliśmy. Do samego grodu weszliśmy Bramą Morską, dlatego już na samym początku naszym oczom ukazał się piękny Gradski Toranj – wieża zegarowa zbudowana przez Wenecjan w 1602 roku. Dalsze lawirowanie uliczkami grodu, pozwoliło nam zobaczyć różnorakie pałace: namiestnika, rady miejskiej, Drago oraz kościoly. Całość wydawała się bardziej przestrzenna od grodu w Budvie, może przez to, jak i przez bliskość zbocza górskiego, podobała się też bardziej. Kompleks opuściliśmy Bramą Południową, co pozwoliło nam przejść obok uderzającego smrodem i syfem targu.
Czas naglił, toteż udaliśmy się do Perastu, wioski, w której czas płynie w odwrotnym kierunku. I rzeczywiście to małe miasteczko uderzyło spokojem. To już nie była oblężona Budva czy Kotor. Jedna ulica ciągnąca się nad samym morzem z malutką plażą, garstką ludzi kąpiących się lub leżakujących w słońcu. I znów nam się udało spotkać Polaków i to tych samych, z którymi rozmawialiśmy w Rijece. Oni swoją podróż kończyli, a my byliśmy gdzieś w środku. Opuściliśmy Perast i postanowiliśmy wrócić na kemping do Budvy, zażyć ostatniej kąpieli w Adriatyku i wypić nieostatnie czarnogórskie piwo, po czym spokojnie mogliśmy już iść lulu, czyli spać.

Cetinje i Park Narodowy Lovcen
Rano odmeldowaliśmy się z kempingu i pożegnaliśmy po raz pierwszy Adriatyk. Swoje umysły nastawiliśmy na Cetinje, dawna stolicę Czarnogóry. Kiedy tam dotarliśmy, obejrzeliśmy kolejno: cerkiew Vlaska, pomnik Ivana Crnojevicia (założyciela miasta), muzeum cerkiewne, grób Daniły I i cerkiew na Cipurze. Szczególnie spodobała mi się malutka cerkiew Vlaska z bardzo pięknym ikonostasem. Równie ładny okazał się malowniczy widok, jaki roztacza się na miasto ze wzgórza, na którym znajduje się grób Daniły I. Całkiem przypadkowo zobaczyliśmy też dawną ambasadę francuską, okoloną wysokim metalowym płotem. Nie tracąc czasu pojechaliśmy dalej, wprost do Parku Narodowego Lovcen. Niemal z marszu zdobyliśmy najwyższą dostępną górę masywu czyli Jezerski Vrh (1657 m. n.p.m.), na której szczycie znajduje się mało ciekawe mauzoleum Njegosa. Zjeżdżamy niżej do naszego miejsca wypadowego czyli Ivanovej Kority. Tutaj ugotowaliśmy sobie obiad (znów ten przeklęty ryż) i tak oto posileni uderzyliśmy na Babiną Górę. Wejście na nią okazało się dość proste i lekkie. Z samego szczytu zobaczyliśmy zarys morskiej linii brzegowej i w ten oto sposób mogliśmy jeszcze raz pożegnać Adriatyk. Kiedy schodziliśmy w dół, spotkaliśmy miłą parę belgijskich staruszków, którzy ciągle nam przewijali się na szlaku. Pytali nas między innymi o nasze odczucia związane ze smoleńska katastrofą, co było bardzo miłe, choć dotyczyło tragicznego tematu. Powróciwszy do Ivanovej Kority, rozbiliśmy namiot na małej polance. Wyskoczyliśmy na szybkie piwko do pobliskiej restauracji, po czym zwyczajnie w świecie poszliśmy spać.

Relacja z wyprawy do Czarnogóry – część 1.

5 Sierpień 2010

Miał być wzorem roku poprzedniego dziennik z wyprawy, lecz plan ten z różnych powodów (głównie mojego lenistwa) spalił na panewce. Żyjąc w przekonaniu, że prędzej czy później duża część wspomnień z podróży do Czarnogóry zniknie, piszę oto tę relację. Jeśli przy okazji przyda się ona innym podróżującym do tej pięknej krainy, to wspaniale. Jeśli posłuży innym celom, znaczy to tyle tylko, że lepiej opisać niż milczeć.

Jedziemy
Z Kościana wyjechaliśmy (czytaj: ja i Ala) w niedzielę 18 lipca, o godz. 12 z minutami. Naszym środkiem transportu był samochód, którym mieliśmy przejechać jakieś 1450 kilometrów. Droga, którą wcześniej wytyczyłem omijała drogi, za które musielibyśmy płacić bezpośrednio lub w formie winietek. Miało to na celu, wiadoma sprawa, zminimalizować wydatki. Trasa przebiegała mniej więcej tak: Kościan (PL) – Wrocław (PL) – Cieszyn (PL) – Triniec (CZ) – Żylina (SK) – Banska Bystrzyca (SK) – Budapeszt (H) – Szekszard (H) – Mohacz (H) – Osijek (HR) – Doboj (BIH) – Sarajewo (BIH) – Niksic (MNE). Jak się później okazało, opłatę jedną musieliśmy uiścić, a było to na bramce na autostradzie przed Sarajewem (zapłaciliśmy 1€). Do samej Czarnogóry wjechaliśmy w poniedziałek popołudniu i pewnie bylibyśmy wcześniej, ale zdrowy rozsądek nakazał nam kilkugodzinny nocleg na Węgrzech.

Pierwsze wrażenia
Ponieważ granicę przekroczyliśmy w Scepan Polje to na przysłowiowe „dzień dobry” naszym oczom ukazał się przepiękny kanion rzeki Pivy. O jego głębokości mogliśmy się przekonać przejeżdżając przez most i potężną tamę – w obu przypadkach wrażenie było piorunujące i niesamowite, które mogłoby być jedynym, a już zrekompensowałoby trudy jazdy. Ruszyliśmy dalej wstęgą asfaltową, która serpentyniła się niemiłosiernie, co rusz nas wprowadzając w tunele krótsze i dłuższe. Okazało się, że ten slalom, to nieodłączny obrazek dróg Czarnogóry. Zmęczeni podróżą, nie pamiętający już, co to znaczy ciepły posiłek, wykorzystaliśmy ławkę nad jeziorem Piva i ugotowaliśmy obiad. Powoli następował wieczór, a my dojeżdżaliśmy do Niksica, szukając miejsca, gdzie moglibyśmy rozbić namiot. Skalistość tej krainy zmusiła nas ostatecznie do noclegu w samochodzie, zarazem zniechęcając do Niksica zupełnie.

W stronę Adriatyku
Nazajutrz, jako swój cel obraliśmy Budvę, którą przewodnik określał jako kurort belgradzkiej złotej młodzieży. Po drodze na chwilę zajechaliśmy do stolicy Czarnogóry – Podgoricy, jak również do Rijeki nad Jeziorem Szkoderskim. Rijeka okazała się uroczą wioską, gdzie pierwszy raz można było się pokusić o śródziemnomorskie impresje. Domy zanurzone w wodzie lub osadzone na zboczu gór, budowane jasnym piaskowcem i porośnięte winoroślą sprawiły, że skusiłem się i wyciągnąłem aparat, by to uwiecznić w obrazach. W tej właśnie małej wiosce, liczącej zapewne mniej niż 200 osób, spotkaliśmy o dziwo młodych Polaków, którzy podobnie jak my objeżdżali Montenegro wzdłuż i wszerz. Po małym śniadaniu, skierowaliśmy się do Budvy na spotkanie z Adriatykiem. Kiedy cel został osiągnięty, nie czekając na nic wybraliśmy się na plażę. Ta należała do tych z kategorii żwir i kamienie, lecz narzekać nie zamierzałem, bo oto tam moim oczom ukazał się cudowny, turkusowy Adriatyk. No to siup!, w wodę przeczystą i ta myśl jedna, wspaniała, z lekką nutką dziecinnej naiwności zjawiła się w mej głowie: „ależ słona suka!”. Pływało się wyśmienicie, morska ciecz temperaturę miała przyjemną, wręcz kojącą, bo słońce świeciło nieubłaganie. Niestety samopoczucie moje pogarszało się z każdym kwadransem, gdyż najzwyczajniej w świecie przeziębiłem się za sprawą samochodowej klimatyzacji. Na dłuższą chwilę opuściliśmy plażę, by odnaleźć kemping i rozbić namiot. Powróciliśmy na plażę, gdzie w klimatycznej knajpce wypiliśmy piwko i powoli powoli kończyliśmy dzień – ja chory, Ala zdrowa.

ESET NOD32 Antivirus 4

2 Sierpień 2010

Program antywirusowy ESET NOD32 AntivirusW swojej 13-letniej już przygodzie z komputerami, przyszło mi użytkować kilku programów antywirusowych. Nie chcąc tworzyć przydługawego wstępu i nie chcąc wchodzić w szczegóły, mógłbym je wszystkie podzielić na trzy kategorie. Komercyjne czyli płatne, które nie zainteresowały mnie na tyle, by rzucić się z plikiem banknotów na ich pełne wersje po wykorzystaniu możliwości wersji demonstracyjnych. Bezpłatne, rodzące od zawsze we mnie wątpliwość, czy zapewniają moim komputerom dostateczną ochronę. Komercyjne, które spełniły cztery warunki: tanie, szybkie, nieobciążające komputera i niezawodne. Dwie pierwsze kategorie mógłbym wypełnić kilkoma nazwami programów antywirusowych. W trzeciej kategorii bez wahania umieszczam za to tylko jeden program: ESET NOD32 Antivirus.

Z samym programem spotkałem się po raz pierwszy w firmie, w której pracuję. NOD32 jest tam wykorzystywany z powodzeniem już od kilku lat. Sam mam z nim styczność od trzech lat i przez ten cały czas na użytkowanym przeze mnie komputerze (a jest to cały czas ten sam komputer) nie było żadnego wirusa, trojana czy innego robactwa informatycznego. A trzeba przyznać, że ilość maili i spamu, który otrzymuję jest całkiem spora, a więc i zagrożenie jest duże.
Ale ta 100% skuteczność programu w firmie sprawiła, że na poważnie zacząłem myśleć, czy nie zabezpieczyć swojego domowego laptopa właśnie programem NOD32 Antivirus słowackiej firmy ESET. Najpierw zatem pojawiła się na dysku twardym wersja demonstracyjna programu. A potem szczęśliwym trafem pojawiła się uprzejmość autoryzowanego partnera firmy ESET czyli firmy AT Computers z wielkopolskich Pobiedzisk. To właśnie dzięki AT Computers mogłem zapoznać się z pełną wersją programu, a to z kolei skłoniło mnie do napisania tej krótkiej recenzji.

Instalacja programu
NOD32 Antivirus należy do programów, których instalacja zajmuje niewiele czasu. Nie ma tutaj żadnej płyty CD, która może się potem zgubić lub zniszczyć. Otrzymałem nic więcej, a tylko certyfikat z numerem seryjnym. Numer ten umożliwił mi zarejestrowanie programu, dzięki czemu otrzymałem na maila niezbędne hasło i nazwę użytkownika. Potem ściągnąłem plik instalacyjny. Po 5 minutach plik tenże, który ważył 37 Mb, wygodnie rozsiadł się na dysku twardym, a ja mogłem bezproblemowo zainstalować program. Cały ten proces, który opisałem powyżej, trwał jakieś 10 minut i był banalnie prosty.

Możliwości antywirusa
Uwaga! Będzie informatyczna papka! NOD32 Antivirus chroni nasz komputer przed wirusami, robakami, trojanami, rootkitami, spywarem, adwarem, keyloggerami, backdoorami i phishingiem. W prostszych słowach rzecz ujmując, dziecko firmy ESET zapewnia nam niezbędną i pełną ochronę naszego komputera przed wszelkim złośliwym oprogramowaniem. Spragnieni szczegółów, niech wejdą tutaj i doczytają, nie widzę sensu w kopiowaniu informacji.

Okno główne programu
Po instalacji program działa na naszym komputerze w tle, czego jedyną oznaką jest ikonka przy zegarku na pasku startowym systemu. Po dwukrotnym kliknięciu w ikonkę naszym oczom ukazuje się główne okno programu. Możemy tutaj zapoznać się ze stanem ochrony komputera, rozpocząć skanowanie komputera, zaktualizować bazę wirusów, ustawić opcje programu lub skorzystać z pomocy. Więcej opcji uzyskamy zmieniając tryb wyświetlania ze standardowego na zaawansowany. Nie jest to jednak konieczne, gdyż domyślne ustawienia programu spisują się znakomicie.

Aktualizacja bazy wirusów
Komputer dopóty nie będzie bezpieczny, dopóki nasz NOD32 Antivirus nie będzie posiadał aktualnej bazy wirusów. Na szczęście bazę taką program sam sobie aktualizuje co kilka godzin, jeśli tylko jesteśmy połączeni z internetem. Informuje nas o tym małym okienkiem wyskakującym nad zegarem na dolnym pasku. A co jeśli mamy wątpliwości, czy nasza baza wirusów jest aktualna? A dokładnie to, że wątpliwości rozwiewamy w głównym oknie programu w zakładce „Aktualizacja”.

Pierwsze skanowanie komputera
Program NOD32 Antivirus oferuje dwie możliwości przeskanowania naszego komputera.
Pierwsze, nazwane Inteligentnym, sprawdza wszystkie dyski lokalne i automatycznie leczy zagrożenia. Jest dobrym rozwiązaniem dla każdego użytkownika komputera, zarówno takiego, co ma informatyczną wiedzę, jak i takiego, który z komputera po prostu korzysta nie zagłębiając się w jego mechanikę.
Drugie, ochrzczone Niestandardowym, pozwala nam wybrać, co ma być przeskanowane i z jaką dokładnością. Moje komputerowe maniactwo sprawiło, że wybrałem właśnie to skanowanie, które ustawiłem tak, by program przeskanował wszystko i wykrył wszystko, co może zagrażać mojemu laptopowi.

Długość skanowania zależy od tego, ile plików mamy na naszym dysku i mocy przerobowych naszego komputera, dlatego trudno ocenić szybkość tego procesu. Przeskanowanie wszystkich plików na moim laptopie (94 Gb) zajęło programowi mniej niż godzinę. Mogłem przy tym spokojnie korzystać z przeglądarki, komunikatora, odtwarzacza muzyki, a nawet Corela czyli już bardziej skomplikowanego programu do edycji grafiki. Wniosek z tego prosty: NOD32 Antivirus nie obciąża komputera na tyle, by uniemożliwić normalnego korzystania z niego.
Sedno sprawy zamyka się jednak w stwierdzeniu, że na dysku miałem dwa pliki zagrażające mojemu komputerowi. Są to dwa pliki, których nie wykrył poprzednio używany przeze mnie program antywirusowy (powszechnie uważany za najlepszy wśród darmowych). Na szczęście NOD32 Antivirus okazał się niezawodny i zagrożenie wyeliminował. Po całym procesie z ciekawości spojrzałem w dziennik skanowania, który dokładniej opisuje cały przebieg procesu. Jest to jednak opcja, która niewiele powie mniej zaawansowanemu użytkownikowi, a ja nadmieniam o niej li tylko jako o ciekawostce.

Ochrona poczty e-mail
NOD32 Antivirus może także chronić naszą pocztę, jeśli odbieramy ją w jednym z poniższych programów: Microsoft Outlook, Outlook Express, Windows Mail, Windows Live Mail oraz Mozilla Thunderbird. Ponieważ swoją prywatną pocztę obsługuję z poziomu przeglądarki w Gmailu, opiszę swoje doświadczenia z pracy zawodowej, gdzie używam Outlooka.
Cała odbierana i wysyłana poczta jest skanowana przez program. Ponieważ odbywa się to w locie, czas obsługi poczty e-mail nie wydłuża się. W wypadku, gdy na naszą skrzynkę dostanie się zainfekowana wiadomość, jest ona oznaczana przez program kolorem czerwonym, jej tytuł otrzymuje specjalny przedrostek z nazwą wirusa, a sama wiadomość trafia do folderu z zainfekowanymi wiadomościami. W ten sposób nasza poczta jest filtrowana. Zainfekowaną pocztę możemy próbować wyleczyć, usunąć lub otworzyć na własne ryzyko. System ten, choć jest dziecinnie jasny, jest skuteczny, a to najważniejsze.

Czy to się opłaca?
NOD32 Antivirus z licencją na 1 stanowisko na 1 rok kosztuje dokładnie 109,90 zł. Im dłużej trwać miałaby licencja, tym ta cena proporcjonalnie jest mniejsza i już taka 3-letnia licencja kosztuje zaledwie 219,80 zł. Ceny te nie są według mnie wysokie, skoro w zamian otrzymujemy skuteczny, szybki i nieobciążający pracy systemu program antywirusowy.

No to NOD!
O tym, że NOD32 Antivirus świetnie sprawdza się w firmie przekonuję się od trzech lat w swojej pracy. Choć nie miałem wątpliwości, że podobnie będzie na moim domowym laptopie, to dla szczerości tej recenzji musiałem to przetestować. Z czystym sumieniem mogę teraz polecić ten program każdemu, kto chce być pewien, że jego komputer jest chroniony w najlepszy możliwy sposób. A jeśli do tego, ta ochrona kosztuje niewiele, jest szybka i nie przeszkadza w normalnym użytkowaniu komputera, to dlaczego korzystać z droższych, zasobożernych i wolnych konkurencyjnych programów lub cały czas niepewnych darmowych aplikacji? Na początek spróbujcie wersji demonstracyjnej, a jeśli program wywoła u was podobne wrażenia, jak u mnie, to zachęcam do kupna programu firmy ESET. Jestem pewien, że nikt z was nie będzie żałował wyboru programu NOD32 Antivirus w wersji 4.

„Królewna” Lalki

15 Lipiec 2010

Śpieszę poinformować, że dziś swoją radiową premierę miał utwór zespołu Lalka pt. „Królewna”. Piosenkę rozdziewiczyło leszczyńskie Radio Elka. Mój wkład w tym numerze, to tekst, stąd też wspominam o tym wydarzeniu.

Jeśli chcecie posłuchać „Królewny”, to klikajcie tutaj. Przyjemnego słuchania!

Plany wakacyjne

1 Lipiec 2010

Lato w pełni od dni kilku, to i plany instalują się w głowie różne, jedne mniejsze, a drugie większe. O Czarnogórze już pisałem i na 99% podróż do tego pięknego kraju dojdzie do skutku, co na pewno jest głównym punktem programu tegorocznego Summer Jkopf’s Tour. A co poza tym?

Tuż przed wyjazdem do Czarnogóry zawitam na festiwalu w Jarocinie. Co roku zarzekam się, że tym razem jest ten ostatni raz, lecz tym razem przynęta dwojakie ma imię: Coma i Pidżama Porno. Drugi zespół królował niegdyś, a pierwszy miłościwie rządzi teraz w mojej małej głowie, toteż miks obydwóch powinien być pamiętny, na co liczę w skrytości swych oczekiwań.

Za to tuż po Czarnogórze chciałbym zdążyć na Woodstock, przynajmniej na sobotni występ zespołu Life of Agony. Idealnie byłoby, gdyby się udało być na wszystkich trzech festiwalowych dniach i przeżyć koncert grupy Papa Roach, lecz raczej będę musiał obejść się smakiem.

Nad trzecim punktem pod tytułem muzyka ciągle się zastanawiam. Chodzi tu o sierpniowy występ zespołu Korn. Bilety drogie, ale szansa ich zobaczenia nęci moje myśli. Byłoby świetnie i słusznie.

Skoro sierpień się pojawił, to chciałbym wreszcie zawitać w okolice Karpacza i tutaj wielka nadzieja w niejakim Bartoszu, który podobną wolę przejawia. Nie możemy zgrać się coś w przestrzeni i czasie, lecz jeden weekend przyszłego miesiąca powinien nam wreszcie to umożliwić.

Na pewno jeden z weekendów przeznaczę na wycieczkę pod tytułem Kraków i okolice. Pod „okolicami” mam na myśli Oświęcim, który od wielu lat próbuję odwiedzić. Mam nawet chętnych kompanów, dlatego z motywacją nie powinno być kłopotu.

I chyba ostatnie życzenie: Warszawa. Dlaczego? Bo „Legia kruczak, Legia Legia kurczak!”, czyli zwyczajna chęć obejrzenia stolicy naszego kraju. Towarzysze poszukiwani!

Jeśli to wszystko dojdzie do skutku, to praktycznie jedyne wolne weekendy pozostałyby mi teraz, czyli na początku lipca. Lecz lato ma to do siebie, iż piwko można wypić w każdej nadarzającej się chwili i głęboko wierzę w to, iż na jednym ogniu dwie pieczenie będą się smolić.

  • RSS
  • Blip
  • Facebook
  • NetworkedBlogs
  • Picasa
  • YouTube
  • Last.fm